„Kapitanie, mój kapitanie…”

Najpierw był film w reżyserii Petera Weira, potem na podstawie scenariusza nagrodzonego Oscarem N.H. Kleinbaum napisała powieść. Oba dzieła zyskały miano kultowych. Wiosną po „Stowarzyszenie umarłych poetów” sięgnął z sukcesem reżyser teatralny Piotr Ratajczak. Jego autorską wizję nieodbiegającą nadto od pierwowzoru obejrzeli w warszawskim „Och-Teatrze” uczniowie klasy 3 T-B.

Intrygujące było to, jak twórcy spektaklu poradzą sobie z nietypową sceną teatralną, która znajduje się pośrodku widowni. Po jednej stronie zaproponowano pochylnię rodem ze skateparku, po drugiej ustawiono rzędy foteli, w centralnym miejscu znalazło się duże biurko – nauczycielska „katedra” oraz klika uczniowskich stolików z krzesłami. W zależności od sytuacji przestrzeń ta funkcjonowała jako klasa, gabinet dyrektor bądź jaskinia, w której odbywały się spotkania tytułowych „umarłych poetów”. Uwagę widzów zwracały przemyślane i oryginalne układy choreograficzne imitujące między innymi przedzieranie się bohaterów przez leśne ostępy. Ucztę dla uszu stanowiła starannie dobrana muzyka.

Treść sztuki również okazała się bliska trzecioklasistom. Miejscem akcji była szkoła – elitarna Akademia Weltona, placówka z tradycjami i surową dyscypliną. W miejsce odchodzącego na emeryturę nauczyciela języka angielskiego przybywa nowy pedagog, dawny jej wychowanek – charyzmatyczny John Keating. W jego postać mistrzowsko wcielił się Wojciech Malajkat. Czterem zasadom panującym w Akademii: tradycji, honorowi, dyscyplinie i doskonałości przeciwstawia inny sposób kształcenia młodych ludzi, ucząc swych uczniów samodzielności myślenia, wrażliwości na poezję i umiejętności dostrzegania jej w… prozie życia. Daje wychowankom prawo do marzeń (nawet tych najbardziej odważnych), wolności i młodzieńczej niezgody na świat. Powyższe wartości chłopcy próbują realizować w tajnym stowarzyszeniu, którego nieformalną dewizą staje się epikurejskie „Carpe diem” („Chwytaj dzień! Ciesz się chwilą”). Swego mentora nazywają „Kapitanem” w dowód uznania jego duchowego przywództwa. Jedną z najbardziej zapadających w pamięć scen jest sytuacja, w której profesor namawia uczniów do spaceru po klasie, prosząc, by zrobili to „po swojemu”. Ktoś zaczyna iść tak, by odgadnąć intencje nauczyciela. Inny bohater zastanawia się, czy owo maszerowanie będzie na ocenę. W pewnym momencie wszyscy tracą indywidualne cechy, idąc tym samym krokiem. John Keating daje im lekcję, czym jest konformizm.

Świat od wieków jest tak skonstruowany, że w młodych ludziach drzemie (nie zawsze uświadamiana sobie) potrzeba autorytetu. Pragną oni, by dorośli starali się im zaufać, pozwolili żyć w zgodzie z najskrytszymi marzeniami, potrafili wysłuchać, gdy pojawią się wątpliwości. Dlatego spektakl „Stowarzyszenie umarłych poetów” jest uniwersalny, wart obejrzenia nie tylko przez nastolatków, ale także przez osoby dorosłe.