„Co się w duszy komu gra…”

Przenikliwe zimno (wprawdzie w lutym nie powinno ono nikogo specjalnie dziwić) nie było jedynym zaskoczeniem dla uczniów klasy 3 T-B – uczestników wycieczki do Otrębusów i Warszawy. W pierwszej miejscowości mieści się Muzeum Motoryzacji i Techniki – największa tego typu placówka w Polsce i jedna z większych w Europie. Uwagę przekraczających progi Muzeum zwraca słynny „Rudy 102” – czołg znany z kultowego serialu „Czterej pancerni i pies”. Można było spróbować wejść do środka, by choć przez chwilę poczuć się jak Janek Kos lub Gustlik – idole nastolatków lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. W sąsiedztwie czołgu stoi ciężarówka Star 244 przerobiona na papamobile i wożąca Jana Pawła II podczas pierwszej pielgrzymki do kraju w 1979 roku. Niedaleko swą przystań znalazły autobusy: wysłużony polski „ogórek” i londyński piętrus. Kolekcja liczy ponad 300 aut i podzielona jest na kilka części tematycznych: samochody z lat dwudziestych, trzydziestych, z okresu II wojny światowej czy czasów PRL-u. Uzupełnieniem są motory, wózki dziecięce z początku XX wieku, dawne modele aparatów telefonicznych i fotograficznych oraz odbiorniki radiowe. Z zapartym tchem można słuchać „historii” eksponatów, choćby dziejów unikatowego kabrioletu ZIS 110B, samochodu wyprodukowanego w siedmiu (!) egzemplarzach na polecenie Józefa Stalina. Ówcześni polscy dygnitarze również lubowali się w oryginalnych autach. Na wystawie warto zobaczyć różowego buicka Józefa Cyrankiewicza, Austina Bolesława Bieruta czy Peugeota 604 – pancerne auto generała Wojciecha Jaruzelskiego. W zbiorach Muzeum znajdują się także samochody, którymi jeździły sławy: Elvis Presley, Jan Kiepura, Loda Halama, Grażyna Szapołowska czy Maryla Rodowicz. Fani Formuły I z pewnością docenią wspaniałą kolekcję aut startujących w mistrzostwach krajów obozu socjalistycznego w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Warto wspomnieć, że niemal wszystkie eksponaty są sprawne technicznie i często wypożyczane do filmów i programów telewizyjnych . Wożą też nowożeńców do ślubu. Ostatnie spojrzenie na poczciwego trabanta albo lepiej różowego buicka, którym jeździła Marylin Monroe, przedostatnie selfie przy Syrenie cabrio lub Jaguarze należącym niegdyś do Bogusława Lindy. Warszawa czeka! Głównym punktem wyprawy trzecioklasistów była wizyta w Teatrze Polskim i obejrzenie „Wesela” . Wybór sztuki był nieprzypadkowy. Omawiany na lekcjach dramat Stanisława Wyspiańskiego postanowiono skonfrontować z teatralną wizją, a w przyszłości z fragmentami wybitnego filmu Andrzeja Wajdy. Nie jest to z pewnością utwór łatwy. Mnogość znaczeń i odpowiednie odczytanie symboli wymagają wnikliwej, uważnej lektury. Pomoc w zrozumieniu może nieść spektakl teatralny. Czy tak stało się w przypadku „Wesela” w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego ocenią sami uczniowie. Przedstawienie nie było wiernym przeniesieniem młodopolskiego dramatu na scenę. Pominięto niektóre sceny i… postaci, skrócono dialogi. Zamiast słynnych słów rozpoczynających utwór „Cóż tam, panie, w polityce?” widzowie usłyszeli monolog Gospodarza zapraszającego na przyjęcie weselne. Scenografia była nader oryginalna. Czytelnicy pewnie w wyobraźni widzieli wnętrze chłopskiej izby, próżno go szukać na deskach Teatru Polskiego. Scenę zdobiły potężne okna, którym znacznie bliżej do krakowskich witraży kościelnych niż do bronowickiej „chaty rozśpiewanej”. Ciekawym rozwiązaniem było umieszczenie na tle owych witraży portretów gości z zaświatów, którzy ukazują się weselnikom w mroźną noc listopadową 1900 roku. Na szczęście ogólna wymowa dzieła (wszak to dramat narodowy!) nie uległa zmianie. O uniwersalności tematu (a może tylko chęci przypodobania się widzom) świadczyć mogą fragmenty melodii dochodzących z sąsiednich pomieszczeń. Usłyszeć można było i „Białego misia”, i „My, Słowianie”, a także wiązankę mniej znanych discopolowych piosenek. „Licentia poetica” – chciałoby się powiedzieć na zakończenie…